Bluewater

No i oczywiście, znowu po kolejnym weekendzie. R. nie wpisał się już od dłuższego czasu, wygląda jakby zapomniał o tej stronce. Zastanawiam się troche nad celowością tworzenia tego bloga (blogu?). No, ale ja mam ciut lepszą pamięć i dziś znów nabazgrolę. Chociaż właściwie już sama nie wiem po co. Ktoś to czyta…?

Byliśmy w sobotę w Bluewater. Jest to centrum handlowe, wielkie jak cholera (jak już mamy jakoś odnieść to do polskiej rzeczywistości, to jest 4 razy pomnożona warszawska Arkadia). Mieści się ono w wyrobisku kopalnianym gdzieś za Catford, pod Londynem. Tak tak, słowo daję, wyrobisko. Ale nie węgla. Zdaje się że chyba wapnia. Jest to po prostu dziura w dole, w niegdysiejszej kopalni, otoczona tymi wielkimi skałami ( a na tych skałach, wzdłuż krawędzi widać… przejeżdżające samochody) – całość robi niesamowite wrażenie. Szczególnie, że sam wygląd zewnętrzny Bluewater zadziwiłby niejednego architekta – przeszklony budynek, ze stalowymi chromowanymi elementami, z kopułkami i wieżyczkami, przepięknie wkomponowany w okolicę. Wygląda lekko, czasem aż za lekko ;)

Chodziliśmy głównie po sklepach, których w Polsce nie uświadczysz (Gap, Top Shop), albo są za drogie (River Islands, Zara, etc). Wszystkie sklepy oczywiście wybór mają przeogromny. Ale nic nie dorównuje plażowej torbie z Lacoste. Czerwono biała, lekki frotte, z krokodylem na przedzie – była boska i… koszmarnie droga. 70 funtów to stanowczo powyżej możliwości R., który zbladł i z lekkim trudem wyciągnął mnie z tego sklepu. Do dziś śnię, rozmyślam i marzę o tej torbie… eh!

A na obiadek zjedliśmy sushi. Ale jaaakie faaajne! Siedzisz przy taśmie i bierzesz. Miseczki mają swoje kolory, które oznaczają cenę. Pomarańczowy 2 funty, fioletowy 2,5 funciaka, etc. Pysznie i fajnie było. W Polsce też niby taka taśma jest, ale zwykle cena jednej takiej miski (zwykle z ilością sushi taką, że tylko chap i po sprawie) starcza spokojnie na cały solidny obiad u Włocha, wraz z kawką.

Nakupiliśmy butów, kiecek, ciuchów – głównie z myślą o Dębkach. Wróciliśmy do domu obładowani torbami (właściwie to jedno z nas obładowane, ale mniejsza o to). R. przezornie starał sie nie liczyć, ile wydajemy. W oczekiwaniu na pociąg do Lewisham (gdzie mamy przesiadkę) podziwialiśmy tęczę. Była przepiękna! Najdziwniejsze z tego wszystkiego było to, że R. nie bolała głowa. Zwykle po zakupach jest zmęczony, zniechęcony, złachany, głowa boli, nogi bolą, narzeka bez końca – litania bolesnych jęków i cedzenia przez zęby i tak do rana. Natomiast po zakupach w zatłoczonym, wieeelkim molochu i wieeeelkich zakupach – nic. Humorek miał. Pozytywny. Nie wiem co tak podziałało, chyba po prostu zakupy mu się udały.

No, ale wczoraj policzył w końcu ile wydaliśmy. 600 funciaków. Oczywiście, Tygrys stara się mnie przekonać, że nie żałuje wydania tak wielkiej sumy. Ale że się nie urodziłam wczoraj i mam świadomość, że wydawanie kasy to dla niego jeden z powodów (a właściwie główny powód) dla którego niechętnie daje się wyciągnąć na tego rodzaju imprezy. Widać było przerażenie, z trudem maskowane za uśmiechem i gadaniem “to nic nic, ważne że buty mam fajne…”. Obecnie zaciskamy pasa, on dodatkowo zęby – i oszczędzamy. Byle do wypłaty… ale to już wtedy będę w Dębkach.

i po weekendzie

Z naszych ambitnych planów weekendowych jeszcze nic nie wyszło sensowniejszego. Mieliśmy tyyyle rzeczy do zrobienia i prawdę mówiąc – nadal je mamy. Niezrealizowane. Kłopot, że teraz jest poniedziałek – zwykle najgorszy i najbardziej zawalony dzień tygodnia (a czasem pierwszy z najgorszych i najbardziej zawalonych dni w tygodniu). Te weekendy są takie krótkie !

Musimy kupić sofę. Musimy sformatować ten komputer, przy którym siedzę (jest ciężko chory). Musimy się w końcu jakoś ogarnąć – te pudła z rzeczami z Warszawy jeszcze tu stoją – w małej mierze opróżnione. Głównie z książek. Robert wyjmując każdą książkę (ale która była jego własnością, nie moją) traktował je z niemal nabożną czcią. Zapełniając półki książkami był w siódmym niebie. Ekstaza!
Oczywiście, ciuchy i inne duperele nie zostały wypakowane. Ani z nabożną czcią, ani w ogóle.

No, ale pytanie brzmi – jak tam ze mną w Londynie?

Jak już wspomniałam, z planów nici – a im ambitniejsze, tym większe nici. Prują się te nici co weekend i doprawdy! Aż dziw, że nie odczuwam upadku ducha moralnego. Codziennie gryzie mnie wyrzut sumienia (af! af! af!).

Zamiast być grzeczną dziewczynką, zamiast uczyć się angielskiego i szukać pracy lub sensowniejszej perspektywy na przyszłość – kupuję fajne rzeczy (do domu, bibeloty, ciuchy, etc.) lub oglądam sklepy, okolice i dzielnice. Myślę o tym, jak by tu fajnie urządzić nasze mieszkanko. Gdzie by co jeszcze znaleźć. Grzebię w necie. Czy gdzieś tu, w Beckenham można pobawić się w jogę albo coś? A może jazda konna? Zgrzytam zębami, bo zastanawiam się nad podjęciem studiów – a nie mogę się dowiedzieć, ile toto kosztuje. Wysyłam maile w sprawie implantu i nie tylko. Czasem robię sobie portfolio – ale to już raczej takie ot poprawki ( a powinnam się w to mocniej zaangażować…). Przesiaduję w różnych kawiarniach i rozkoszuję się swoimi książkami i tym, że jestem w kraju, który podoba mi się coraz bardziej i bardziej. Póki co, chłonę rzeczywistość – którą jeszcze nie tak całkiem dawno temu odbierałam jako klasyczna turystka wykrzykującą ochy i achy na widok Westminsteru czy czegoś podobnego i londyńskiego.

Oczywiście, że tęskni mi się trochę za Warszawą. To nieuniknione. Brak mi tu znajomych (chociaż wczoraj byliśmy z wizytą u Małej), łażenia po znajomych mi miejscach (ach, ten Włoch na grójeckiej!), brakuje mi nawet mej Astry (niestety, tu europejski samochód to niemal samobójstwo). Żałuję, że nie mogę zobaczyć jak siostrzeńcy moi dorastają, że nie mogę pojechać ot tak do Oli i poszperać w jej butach, że nie mogę ot se tak na obiadek, na filtrową. Cóż, koszta emigracji.

Ale jest Internet. Tatuś dzwoni do nas niemal codziennie, za pośrednictwem skype. Reszta rodziny albo panicznie boi się korzystać z internetowych środków komunikacyjnych, albo nie mają za dużo czasu, by zapytać jak tam u nas. Pocieszam się myślami, że życie jak i tu, jak i tam toczy się dalej – po prostu. W końcu Adaś, pierwszy nasz od 1980 roku facet od Wrzosów musi nacieszyć się barem mlecznym! ;) A Antoś musi duuuużo jeść – ciekawe, czy nadal jest chudy?

Kończę. Jestem okrrropnie głodna, zaraz zabiorę się za zrobienie obiadku.

PS wiecie, że tu mają hopla na tle chipsów? Nie zdziwiłabym się, gdyby je dodawali także i do deserów…