i po weekendzie

Z naszych ambitnych planów weekendowych jeszcze nic nie wyszło sensowniejszego. Mieliśmy tyyyle rzeczy do zrobienia i prawdę mówiąc – nadal je mamy. Niezrealizowane. Kłopot, że teraz jest poniedziałek – zwykle najgorszy i najbardziej zawalony dzień tygodnia (a czasem pierwszy z najgorszych i najbardziej zawalonych dni w tygodniu). Te weekendy są takie krótkie !

Musimy kupić sofę. Musimy sformatować ten komputer, przy którym siedzę (jest ciężko chory). Musimy się w końcu jakoś ogarnąć – te pudła z rzeczami z Warszawy jeszcze tu stoją – w małej mierze opróżnione. Głównie z książek. Robert wyjmując każdą książkę (ale która była jego własnością, nie moją) traktował je z niemal nabożną czcią. Zapełniając półki książkami był w siódmym niebie. Ekstaza!
Oczywiście, ciuchy i inne duperele nie zostały wypakowane. Ani z nabożną czcią, ani w ogóle.

No, ale pytanie brzmi – jak tam ze mną w Londynie?

Jak już wspomniałam, z planów nici – a im ambitniejsze, tym większe nici. Prują się te nici co weekend i doprawdy! Aż dziw, że nie odczuwam upadku ducha moralnego. Codziennie gryzie mnie wyrzut sumienia (af! af! af!).

Zamiast być grzeczną dziewczynką, zamiast uczyć się angielskiego i szukać pracy lub sensowniejszej perspektywy na przyszłość – kupuję fajne rzeczy (do domu, bibeloty, ciuchy, etc.) lub oglądam sklepy, okolice i dzielnice. Myślę o tym, jak by tu fajnie urządzić nasze mieszkanko. Gdzie by co jeszcze znaleźć. Grzebię w necie. Czy gdzieś tu, w Beckenham można pobawić się w jogę albo coś? A może jazda konna? Zgrzytam zębami, bo zastanawiam się nad podjęciem studiów – a nie mogę się dowiedzieć, ile toto kosztuje. Wysyłam maile w sprawie implantu i nie tylko. Czasem robię sobie portfolio – ale to już raczej takie ot poprawki ( a powinnam się w to mocniej zaangażować…). Przesiaduję w różnych kawiarniach i rozkoszuję się swoimi książkami i tym, że jestem w kraju, który podoba mi się coraz bardziej i bardziej. Póki co, chłonę rzeczywistość – którą jeszcze nie tak całkiem dawno temu odbierałam jako klasyczna turystka wykrzykującą ochy i achy na widok Westminsteru czy czegoś podobnego i londyńskiego.

Oczywiście, że tęskni mi się trochę za Warszawą. To nieuniknione. Brak mi tu znajomych (chociaż wczoraj byliśmy z wizytą u Małej), łażenia po znajomych mi miejscach (ach, ten Włoch na grójeckiej!), brakuje mi nawet mej Astry (niestety, tu europejski samochód to niemal samobójstwo). Żałuję, że nie mogę zobaczyć jak siostrzeńcy moi dorastają, że nie mogę pojechać ot tak do Oli i poszperać w jej butach, że nie mogę ot se tak na obiadek, na filtrową. Cóż, koszta emigracji.

Ale jest Internet. Tatuś dzwoni do nas niemal codziennie, za pośrednictwem skype. Reszta rodziny albo panicznie boi się korzystać z internetowych środków komunikacyjnych, albo nie mają za dużo czasu, by zapytać jak tam u nas. Pocieszam się myślami, że życie jak i tu, jak i tam toczy się dalej – po prostu. W końcu Adaś, pierwszy nasz od 1980 roku facet od Wrzosów musi nacieszyć się barem mlecznym! ;) A Antoś musi duuuużo jeść – ciekawe, czy nadal jest chudy?

Kończę. Jestem okrrropnie głodna, zaraz zabiorę się za zrobienie obiadku.

PS wiecie, że tu mają hopla na tle chipsów? Nie zdziwiłabym się, gdyby je dodawali także i do deserów…

Napisz komentarz